Kwerkle - kolorowanki inne niż wszystkie!

13:28:00


Kwerkle zwierzęta to kolorowanka jedyna w swoim rodzaju. Totalnie zgadzam się z pomarańczowym hasłem bijącym z okładki: zupełnie inne kolorowanki. Tę książkę znalazłam totalni przypadkiem, szperając na empikowym regale. Urzekła mnie tym, że była po prostu...inna. Nie jest tak oczywista jak reszta - w sumie to jedyna kolorowanka, jaką znam, w której od razu nie wiadomo co tak naprawdę koloruję. Swoją formą przypomina mi książki z serii Połącz kropki ;-).

Do zakupu przekonał mnie jednak ostatecznie sentyment - kolorowanki przypomniały mi zajęcia na studiach, kiedy to analizując kompozycje historycznych założeń ogrodowych wykonywaliśmy analizę struktury wiekowej i gatunkowej drzewostanu (architektura krajobrazu pozdrawia ;-)). I zadania polegały właśnie na kolorowaniu okręgów (czyt. drzew). W przypadku analizy wiekowej stosowaliśmy różne odcienie zieleni (im okaz starszy, tym zieleń ciemniejsza), natomiast jeśli chodzi o analizę gatunkową - wybieraliśmy dowolne kolory dla gatunków. O, na przykład tak, jak poniżej:


Olśniło mnie, że ta książka to przecież to samo, co kolorowanie analizy wiekowej drzewostanu. Okej, a na czym polega zabawa z Kwerkle?

Każda kolorowanka składa się z różnej wielkości okręgów oznaczonych cyframi 1-5. Logiczna instrukcja na pierwszej stronie wyjaśnia jak zabrać się do zabawy - wybieramy pięć odcieni jednego koloru i zaczynamy wypełnianie - jedynka odpowiada barwie najciemniejszej, piątka natomiast - najjaśniejszej. Nie polecam łączenia kilku kolorów - za każdym razem kończyło się to klęską (przynajmniej u mnie). Często malujemy fragmenty okręgu, a nie cały - na szczęście wszystko jest logicznie oznaczone na rysunku. Książka zawiera 20 portretów zwierząt ukrytych wśród kulistych kolaży. Na ostatniej stronie pokazano, jak wyglądają gotowe obrazki, ale dla lepszej zabawy polecam tam nie zaglądać i się dziwić co stronę ;-)  Format rysunków jest wygodny - coś między A4 i A3 (taki sam, jak w opisywanej przeze mnie w wakacje książce Połącz kropki z dziełami sztuki), z czego jeden obrazek jest dwa razy większy od reszty (to ten wspomniany na okładce plakat). Papier niczego sobie, bez problemu dał radę z malowaniem akwarelami ze sporą ilością wody. Nic się nie rwie, nie rozłazi, nie przesiąka.To mnie zaskoczyło na plus. Skoro już zaczęłam o farbach - jakie techniki kolorowania kolistych zwierzaków się u mnie sprawdziły?


 Na pierwszy ogień poszły kredki ołówkowe - najzwyklejsze, nie żadne akwarelowe, bo było mi ich szkoda. Przyznam, że ciężko kolorowało mi się kredkami, rzadko kiedy byłam zadowolona z uzyskanego efektu, a same kredki mocno się zużyły i non stop musiałam je temperować. Moja rada: kolorowanka wygląda lepiej niż u pięciolatka jedynie wtedy, gdy koloruje się równymi liniami poziomo lub pionowo. Wszelkie wypełnianie kółek kolistymi ruchami wychodzi co najwyżej tak sobie. No i szkoda kredek na wielkie, jednolite powierzchnie ;-)
Poniżej kredkowe przykłady (pierwszy wypełniany poziomymi liniami, drugi - pionowymi). Wolę ten pionowy efekt.




Zostajemy w temacie kredek, ale przerzucamy się na bambino - nieważne, jak mocno bym je dociskała do papieru - mocny ślad zostawiała jedynie czarna, różowa i jasnoczerwona. Mimo wszystko podobała mi się współpraca z bambino (i fakt, że nie musiałam ich temperować co kwadrans;)).

Czas na pisaki. To z ich pomocą wykonałam pierwszy portret. I właśnie na tym obrazku wykończył mi się kolor pomarańczowy. Miałam nadzieję, że wielbłąd wybaczy. Jednak, gdy zaczęłam wypełniać brązem duże powierzchnie gardła - straciłam nadzieję. Przepraszam, stary. Chciałam stawiać równe kreski, ale nie wyszło;D. Moja rada: pisaki nadają się do małych okręgów, do większych zaś jedynie najjaśniejsze barwy. W każdym innym wypadku kreskowanie chociaż pod trochę innym kątem boleśnie bije po oczach. A tak ciężko odrzucić pisaki, kiedy dają taką piękną intensywność barw...


...eksperymentowałam więc z flamastrami dalej. Tylko, że tym razem sięgnęłam po markery - dwa odcienie szarości, czarny, do tego ołówek i szara kredka. Zabawa była przednia, efekt też mnie zadowolił (szczególnie pisakowy, ołówek i kredkę powinnam bardziej zróżnicować). Jednak nie sięgnęłam już później po markery - zapach trudny do zniesienia przy dłuższym kolorowaniu, uczucie naćpania się pisakami raczej średnio przyjemne ;-)


Po dniach prób i błędów postanowiłam, że ten wypasiony, największy rysunek (plakat) pomaluję szkolnymi akwarelkami w spadku po młodszej siostrze z czasów lat szkolnych. Tak też uczyniłam. Akwarele wymęczyłam - traktowałam jak plakatówki maksymalnie nasycając kartkę kolorem. I tak, jak wcześniej wspominałam - papier wspaniale dał radę z całkiem sporą ilością wody, szacun! 
Zabawa z akwarelami aka plakatówkami była najlepszym wyborem jeśli chodzi o kwerkle. Takie soczyste kolory, bez konieczności dociskania rysika, ostrzenia, bez bolącego nadgarstka - pełen czad!
Na początku sięgałam jedynie po gotowe kolory z paletki:



mój ulubieniec absolutny z całej książki <3

a z czasem postanowiłam pokombinować i odpowiednio rozjaśniać i przyciemniać 1-2 kolory:



Jeśli w przyszłości trafię w księgarni na inną książkę z cyklu Kwerkle (a optymistyczne przesłanie z okładki głosi, iż kolejne publikacje się pojawią) chętnie ją kupię ;-). Żadna inna nie wciągnęła mnie tak bardzo, że wałkowałam jedną od deski do deski. Aj, już tęsknię!

kokokoko, kwerkle są spoko

You Might Also Like

0 komentarze

INSTAGRAM